Bez kategorii

Ciąg dalszy

Powrót do domu zmiana łódki, ciuchów i kolejny wypad, tym razem na festyn do jednej z wiosek.

46 lat od powstania. Każda wioska świętuje to wydarzenie bardzo podobnie. Msza (jeśli mogę być obecny), przemowy, defilada, rozgrywki piłkarskie.

img_0374

Wieczorem procesja i velada. Miasteczko za swojego patrona uważa św. Józefa. I to przed jego wizerunkiem przyszło Kamilowi uczyć się modlić, dość nietypowo, bo tańcem. Tak też można wielbić Boga, nie tylko na kolanach. Cieszyłem się, że Kamil ma okazję poznać tę piękną tradycję. Jeszcze wtedy nie myślałem, że coś i mnie zaskoczy. I będę uczestniczył w czymś dla mnie nowym. Patrząc z perspektywy czasu, to wcale nie chciałbym poznawać, na czym to polega. Ale od początku.

Jak zawsze z każdej wioski zabieramy kilka fotografii do naszej kroniki. Tak było i tym razem. Zrobiłem kilka fotek i odłożyłem aparat na parapet. W pewnym momencie rozmawiając z dziećmi, któreś z nich mówi: – Padre, jakaś ręka wzięła twój aparat. Na początku pomyślałem, że ktoś ma niezłe poczucie humoru. Jednak, gdy wyszedłem na zewnątrz okazało się, że nie ma ani magicznej ręki, ani mojego aparatu. Wieść o kradzieży szybko się rozniosła i wszyscy mężczyźni pobiegli w las w pogoni za złodziejem. Kiedy wrócili już pogodziłem się z utratą. Choć było mi żal, stwierdziłem, że głupi aparat nie może popsuć tego wieczoru. Ludzie naprawdę włożyli dużo pracy w przygotowanie tego święta. Tańcząc spojrzałem na świętego Józefa. Do niego zawsze, gdy wypływamy zwracamy się, by nas strzegł. I w rozmowie mówię do niego. ,,Oj, święty Józefie, tym razem nas nie ustrzegłeś, w sumie jesteśmy cali, ale pierwszy raz od kiedy jestem w Peru okradli mnie. I to jeszcze na jednej z moich wiosek, gdzie ty patronujesz’’.

img_0392

Jeszcze nie skończył się taniec, jak przybiegło dziecko krzycząc: – Padre, mają go, złapali! Co prawda jeszcze nie ma aparatu, ale już przeszukują jego rzeczy’’. (I jak tu nie wierzyć w opatrzność świętych. Trzeba im tylko trochę ponarzekać). Gdy wrócili z pierwszej pogoni, ja wróciłem do tańca, oni nie dali za wygraną. Dla nich to hańba: w ich wiosce kradzież i to jeszcze ich gościa. Patrząc na ścigających, nie chciałbym się znaleźć na miejscu złodzieja. Przepytali dzieciaków, którzy widzieli tajemniczą rękę. Na jego nieszczęście dzieciaki zapamiętali tatuaż. Po nitce odkryli, kto to jest i złapali go. Już grzecznie śpiącego, jak by nic się nie stało. Po przewróceniu do góry nogami domu jego rodziny, w którym się zatrzymał, znalazł się i mój aparat. Zostało zorganizowanie przesłuchanie, na które zostałem zaproszony. Nie przypuszczałem, że przyjdzie mi być w formie obrońcy złodzieja. To przecież mnie okradł a teraz go muszę bronić. Pomijając wiele faktów, bo po co o nich mówić, wszystko zakończyło się pokojowo. Mój aparat się znalazł. Co ze złodziejem? Do rana został zamknięty. Rano wsadzili go na statek do Iquitos, skąd przypłynął. Już nie odwiedzi w tej wiosce swojej rodziny. Zasądzili dożywotni zakaz wstępu do wioski. A ja myślałem, że już mnie nic tu nie zaskoczy.

Reszta przygód, których bohaterem w dużej części był Kamil pozostaną naszą tajemnicą. Chyba, że on o nich napisze i o swoich wrażeniach. Ja chętnie je tu umieszczę. A nie ukrywam, trochę śmiechu było…

Bez kategorii

Odwiedziny

Kiedy odwiedzali mnie księża z innych placówek misyjnych, wspólnie czas jakoś zupełnie inaczej upływał. To chyba dlatego Pan Jezus wysyłał uczniów po dwóch, by było z kim czasem ponarzekać. A napad rabunkowy na jedną z naszych placówek jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że samemu mieszkać to trochę niebezpieczne. Jeszcze tylko rok i to się chyba u mnie zmieni. Tym bardziej cieszyłem się z wizyty Kamila.

Księdza, który już od 1 września jest w Centrum Formacji Misyjnej, ucząc się hiszpańskiego. Przez 3 tygodnie starałem się pokazać mu część naszej posługi. Resztę pozna, gdy już tu zamieszka.

Po długim locie do „Ziemi obiecanej” odpoczynek, a już na drugi dzień stół obfitości.

Na Suri (szaszłyk robaczkowy) jeszcze zabrakło, by się przełamać, ale krokodyl stracił życie. Jak nie zakochać się w takim miejscu.

Palemki, piasek i gorąca woda w rzece. Starczy tej reklamowej wizji, teraz rzeczywistość. 9 godzinna podroż do naszej wioski.

img_0155

To szybko jak na nasze warunki. Kapitan, z którym jestem zaprzyjaźniony, słysząc, że to Kamila dziewicza podróż Amazonką, postarał się nawet o przepyszne jaja żółwie na podwieczorek.

To czas, gdy stan wody w rzece jest bardzo niski i żółwie składają jaja na plażach. Tak zmęczeni dotarliśmy do domu, a tam przywitanie, ale już nie „Witaj Rafał w domu!” jak jest zawsze, gdy tylko wyjeżdżam chociażby nawet na tydzień, ale „Witajcie w waszym domu!”.

Pani, która pomaga mi w sprzątaniu, naprawdę się postarała. Nie było ani jednego pająka. Tu szczęście Kamila się skończyło. Wieczorem idąc do kościoła, mógł przekonać się dlaczego trzeba spacerować z latarką i patrzeć pod nogi. I nawet mnie zaskoczył. Mając już remo (wiosło) w ręce słyszę: Rafał, a mogę spróbować go zabić. Co prawda trofeum do domu nie zabierze, ale wąż zginął. Jestem świadkiem. Po dwóch dniach wyprawa, której się obawiałem. Jednak stwierdziłem, że jak ma się wystraszyć i zrazić to lepiej teraz niż potem. Tak popłynęliśmy na 5 dni na wizyty w wioskach.

img_0223

Ciężko mi powiedzieć co czół, ale po minie odczytałem słowa piosenki, którą potem wspólnie śpiewaliśmy ,, I Co ja robię tu uuuuuuuuu.’’ Potem już z dnia na dzień było lepiej (chyba). Miejsce, dom, warunki może nie są jak w 5 gwiazdkowym hotelu, ale to o czym mógł się przekonać na pewno, to nastawienie ludzi, którym wcale nie przeszkadzało to, że nie mogli nijak się z nim dogadać.

A po minach dzieciaków nawet wynikało, że świetnie się rozumieją.