Bez kategorii

Beatyfikacja

DSCF9704

Podróż z Limy do Chimbote to ok. 500 km. drogi panamerykańskiej biegnącej wzdłuż wybrzeża. To aż dziwne, że tak mało jest tu hoteli. Plaże i porty są bajeczne. Do tego dochodzą góry i pustynie. Choć to długa podróż,  widoki są tak piękne, że senność ustępuje miejsce zachwytowi. A do tego asfalt nie ma dziur. Tak dwoma samochodami wybraliśmy się na beatyfikacje. Do stolicy diecezji naszych polskich męczenników.

DSCF9703

Chimbote to miejscowość tuż przy oceanie śródziemnym. Z powodów zimnych prądów jest tu mnóstwo ryb. I wioska słynie z produkcji mączki rybnej. O czym przekonuje się człowiek na samym wjeździe. Śmierdzi niesamowicie. Specjalnie na tą uroczystość fabryki nie pracowały od 2 dni. Aż strach zaciągnąć się powietrzem jak pracują. No, ale cóż trzeba też pocierpieć. Ale to tylko jedyny mankament. Do innych spraw nie można było się doczepić. Świetna organizacji, wszystko dopięte na ostatni guzik. A na ulicach czuliśmy się jak w Polsce. Tyle polskich flag.

DSCF9706

Pierwszy dzień to odsłonięcie popiersi 2 Polaków i Włocha. Następnie msza święta i nocne czuwanie, modlitewno – koncertowe. Atmosfera była niesamowita. Zespół śpiewających sióstr i inni wykonawcy porywali tłumy.

P1170460

Drugi dzień to msza beatyfikacyjna na stadionie. Organizatorzy przygotowali nas na wszystko. W naszych podręcznych torebkach beatyfikacyjnych był nawet krem przeciw słońcu. Choć nie na wiele się zdał. Dowiedziałem się o nim na drugi dzień. Oczywiście księża i pielgrzymi z polski nie zawiedli. Spokojnie do większości napotkanych księży można było mówić po polsku z 80 procentową pewnością, że to rodak. Dzięki temu spotkaniu udało mi się porozmawiać z wieloma współbraćmi z całej ameryki i nie tylko. Spotkania niezwykle ubogacające. Były tez znajome twarze z Polski.

DSCF9713

Po uroczystościach pojechaliśmy ochłodzić nasze ciałka w oceanie. I choć na początku wchodząc woda wydawała się być lodowata, po chwili było przyjemnie.

DSCF9748

W trzecim dniu pojechaliśmy na msze dziękczynną do Pariacoto. To parafia bł. Michała i bł. Zbyszka. Tu odprawili oni swą ostatnią msze świętą, po której zostali wywiezieni poza wioskę i zastrzeleni.

Msza z andyjskimi śpiewami sprawiała, że o jeden krok byliśmy bliżej nieba. Pomijając wysokość, na której znajduje się osada.

????????????????????????????????????

Ponieważ zbliżają się święta trzeba wracać na parafie, wystarczy włóczenia się na dziś.

Wszystkiego najlepszego na Święta. by były w rodzinnej atmosferze nie zapominając o śpiewie kolęd. Już dziś dziele się z wami opłatkiem. A nawet nie muszę go łamać, bo przyszedł pocztą cały połamany.

Bez kategorii

Huancayo

Podróż na beatyfikacje trochę czasu mi zajęła i nie biegła najkrótszą i najłatwiejszą trasą. Postanowiłem odwiedzić kolegę, z którym jednym samolotem przylecieliśmy do Peru. Potem nasze drogi się rozeszły. Ja poleciałem do dżungli, a on w góry. Tak na własnej skórze mogłem przekonać się, co to znaczy zmienić w ciągu jednego dnia trzy różne strefy klimatyczne. Ale po kolei. Porannym lotem przeleciałem z Iquitos do Limy. To klimat wybrzeża. Już tu mi było chłodno, a by tego było mało jeszcze tego samego dnia kupiłem bilet, by wieczornym autobusem wyjechać wysoko w góry. Na wysokość 3200 metrów do miejscowości Huancayo

DSCF9332

Podróż bardzo komfortowa. Jeszcze nigdzie w europie nie spotkałem tak wyposażonego autobusu. Fotele leżanki, komputer w fotelu dla rozrywki i to nie klasa Vip, a najtańsza turystyczna. Super wygodne, choć to nie było potrzebne. Byłem potwornie zmęczony i rozrywka w postaci snu była najlepszą opcją. A zasnął bym nawet na desce.

DSC_0154

Pobudka  poranna po całonocnej jeździe była bardzo rześka. Już dawno tak nie zmarzłem. Choć było 15 stopni, ja trzęsłem się z zimna i szukałem, co by jeszcze na siebie założyć.  Dopiero koło południa zorientowałem się , że wszystkie moje rzeczy, które przywiozłem z dżungli są wilgotne. A pakując je w klimacie 80 procentowej wilgotności, wydawały się być suche.

DSCF9342

Po 2 dniach aklimatyzacji już było dobrze. Z Pawłem, który tu posługuje, mogłem poznać wspólnotę polskich misjonarzy i ich miejsca pracy. Zapoznać się z  ich niełatwą pracę wśród ludzi gór.

DSC_0158

Nie mogłem odmówić sobie możliwości dotknięcia śniegu, a w zasadzie lodowca. Po dotarciu byłem na tyle rozgrzany, by wziąć na ochłodę jedną gałkę lodu. Choć podejście kosztowało trochę wysiłku. Na wysokości 4600 spacer przerywany był kilkudziesięcioma odpoczynkami.  Na Mont Everest muszę jeszcze poćwiczyć. A lepiej zaczekam, aż wybudują kolejkę.

DSCF9572

A do tego czasu pozostanę pasterzem…..

DSCF9348

 znaczy się duszpasterzem a nie alpinistą.

DSCF9530